Rano wskoczyliśmy na motor. Z wiatrem we włosach, w oparach pyłu i w kasku przypominającym łupinę orzeszka makadamia, popędziliśmy do Kep – byłego kolonialnego resortu, świecącego pustką pofrancuskich rezydencji.
Niegdyś wymuskane wiatrem wille, z wonią francuskich perfum unoszącą się nad palmami, usiane na zboczu tropikalnego wzgórza i z widokiem na turkusową zatokę. Dzisiaj opustoszałe oplątane pajęczynami szkielety, których jedynymi mieszkańcami mogły być tylko lokalne szczury, psy i małpy.

Wśród nich, wzdłuż wybrzeża, jak oaza na pustyni, od kilku lat rosną już rezydencje dla zamożnych turystów, pielęgnowane konewką i sekatorem. Być może za kilkadziesiąt lat, te oplecione zielenią cacka przejdą też na plan dalszy, goszcząc na zamszonym już wtedy patio, psie watachy i małpie rodziny.
W morzu króluje (zamiast Neptuna) wybudowany w 2012 r. pomnik kraba.

Do miasta duchów i resortów wpadliśmy z dwóch powodów. Chcieliśmy spróbować lokalnych smaków na Krabim Targu i pojechać jeszcze kilkanaście kilometrów za miasto na pola solne. Ze względów technicznych (zepsuł nam się motor, ale tak długo szukaliśmy „złotej rączki”, aż motor się ogarnął i sam naprawił),  udało nam się tylko najeść, zostawiając poszukiwania połaci soli na kolejną podróż.

Targ Krabów to jedyne miejsce w okolicy, gdzie na masową skalę sprzedaje się przeróżne owoce morza. Słynie przede wszystkim z niebieskich krabów, ale są też krewety, kalmary, rozmaite ryby, w tym płaszczki które w innych częściach świata są pod ochroną. Jedynie w Salwadorze widziałam jeszcze płaszczkę z grilla i już tam przy jednej wyłowionej sztuce sprzedawcy wydawali mi się oprawcami. Tutaj tych ryb była cała masa. Wszystko pieczone, smażone, grillowane, wędzone. Z sosem z pieprzu i limonki lub słodkim z chilli; na patyku, plastikowej tacce, w foliowym worku; zapijane kokosem albo sokiem z trzciny. Jest wybór.

Większość krabów do momentu sprzedaży trzymana jest w morzu, w wielkich wiklinowych koszach zakotwiczonych na dnie. Bynajmniej nie jest to gest w kierunku kraba, żeby sobie jeszcze pooddychał przed śmiercią w garnku, ale rzeczywistość potwierdzająca, że nikt nie kupi tu martwego kraba. Nawet te nieliczne, wyjęte już z wody, stały w słupkach obwiązane jak prezenty wstążką, gumką lub sznurkiem, a żywe słupki swym delikatnym drżeniem wciąż podkreślały że żyją.

W momencie oferty kupna kosze na plecionych z trawy sznurkach już suną po powierzchni. Barczysta kobieta, która nie zdejmując kapelusza pospiesznie wskoczyła po nie do morza, już dźwiga kolejne skrzynki, a w każdej kilkanaście kilogramów kraba. Łokcie się uginają, kosz zawadza o betonowe nabrzeże, nie ma lekko… kraby już na bezdechu wpadają na siebie jak pasażerowie autobusu przepełnionego w godzinach szczytu, hamującego w ostatniej chwili na żądanie.
Pokrywa się otwiera. Te na górnym pokładzie widzą słońce. Ale wolność przeszła bokiem, jak wszystko w ich życiu. To łapanka do garnka…

Prezentacja wielkości podbrzusza, koloru pancerza i rozpiętości szczypców. Wszystko w rękawiczkach, bo skorupiaki jeszcze walczą, szczypią, kurczą się i wykrzywiają, żeby to nie je wybrano.

Kraby cichną w objęciach gumki recepturki. Schwytane w nią nogi i szczypce tracą moc. Po chwili cztery z nich, już nieżywe, wiszą na pętelce z plastikowej słomki.
Tak, to nasze. Chcieliśmy zjeść kraba, chociaż w czasie tego zbrodniczego rytuału, ochota też splątana została przez gumkę.

Zestaw obiadowy obejmował torbę krabów i dziadka do orzechów, który łamał opory chitynowego pancerza. Do tego kokosowa popitka prosto z palmy i miska z wodą i limonką, do umycia rąk po zbrodni.

Wieczorem już tylko puste kosze przypominały, że jeszcze rano mieszkały w nich kraby…