Od czego się zaczyna po tak długiej przerwie w pisaniu? U mnie od myślenia, od czego by tu zacząć. Po kilku miesiącach ciszy na papierze, w głowie i na kompie roi się już od myśli i obrazów, a każdy krzyczy głośniej że chce być na okładce.
Żeby się za długo nie zastanawiać, postanowiłam zacząć od razu od pisania. Na pierwszy ogień pójdzie to, gdzie jesteśmy tu i teraz, a potem stopniowo postaram się uzupełniać lukę w drodze, czyli to co wydarzyło się pomiędzy Mongolią a Kambodżą.
W ramach noworocznych porządków, w jeszcze większym międzyczasie przeniosę tu też notatki z podróży w 2010/2011.

Od ponad miesiąca jesteśmy w Kambodży. Zachwyciła nas swoją naturalnością i bezpretensjonalnością. Jeździmy po rdzawych pylistych dróżkach i coraz liczniejszych już w ostatnich latach asfaltowych drogach, otoczeni codziennie wianuszkiem uśmiechów. Na ulicy i w autobusie, na motorze (z muchą na zębie) i z bosą stopą, wieczorem i o świcie (te rzadko widujemy), na twarzach uroczych dzieciaków i pomarszczonych przez życie staruszków, z zębami i bez nich (czasem z jednym, eksponowanym w afirmacji szczęścia:). Kambodża to kraina uśmiechu i królowa błysku w oczach!

Niedawno zawędrowaliśmy w rejony Kampong Chhnang i okolic, do wodnych wiosek położonych na rzece Tonle Sap i w jej rozlewiskach. W porze suchej niektóre domy wyglądają tutaj jak na szczudłach, wyrastając na kilka metrów ponad miejscami bagnistą, a nieco wyżej spękaną już słońcem ziemię.

Kampong_Chhnang
W czasie pory deszczowej rzeka zalewa okoliczne pola, zamieniając większość dróg w szlaki wodne, z jedną tylko główną drogą całoroczną biegnącą z centrum Kampong Chhnang w stronę rzeki, zbudowaną na wysokim wale. Do drogi po obu stronach wzniesienia, przyklejone są maleńkie patchworkowe domki, zbudowane z tego, co było akurat dostępne w czasie „budowy”. Cztery ściany, z czego czasem każda z innego materiału: blachy, drewna, koca, starego banneru, folii, bambusa czy trawiastej plecionki (ten ostatni to bardzo popularny materiał budowlany). Przy domu wielkie cementowe dzbany, w których przechowywana jest woda, dwa psy, trzy koty, kura i najczęściej wieloosobowa rodzina, która musi wykazać się nie lada sprytem by ułożyć się na noc jak puzzle na tej znikomej powierzchni.


Domki trzymają się najczęściej siebie nawzajem (i gospodarzy), bo osuwająca się w porze deszczów ziemia na której stoją, nie daje gwarancji na przetrwanie kolejnej ulewy. Niektóre chatki są tak maleńkie i lekkie, że łatwo można je przenieść z miejsca na miejsce. Marcin przenosił taki bambusowo-trawiasty dom na plecach w małej osadzie na plaży za Kampong Cham. Skoczył na pomoc, widząc jak wątła kobiecina niczym żółw sama zaczyna iść z domem na grzbiecie.
Czasem po prostu chcesz mieć inny widok z okna, krócej wracać do chaty z nabrzeża albo zmienić sąsiadów. Bierzesz więc wszystko na plecy i zmieniasz perspektywe.

Jednak większość domów z terenów położonych blisko rzeki (czasem kilkaset metrów od brzegów rzeki wyznaczonych w porze suchej), to domy na wysokich palach lub przenośne/ pływające na swoistych płozach z bambusów, starych plastikowych kanistrów czy pustych beczek po paliwie. Niezależnie od poziomu wody, zawsze unoszą się na niej. Jednak poziom życia pozostaje ten sam, mimo zmiany poziomu rzeki.

Wioska posiada całą infrastrukturę, z przemysłem (rybnym najczęściej) i najważniejszymi publicznymi budynkami. Jest pływająca szkoła, oddział policji i meczet, do którego od maja do października trzeba dopłynąć. Drogi są, ale tylko wodne, w postaci wąskich kanałów pomiędzy domami.
Pływają nimi mobilne sklepiki, restauracje i kawiarnie. Wystarczy z „werandy” zamachać ręką, żeby pływająca knajpa podpłynęła do Ciebie i zaserwowała ryż z wodnym szpinakiem albo makaron z surówką i wężem.

Cała wioska pracuje zwykle zespołowo. Jedni łowią ryby zarzucając ogromne sieci i ciągnąc je potem przez 15 minut z dwu łodzi jednocześnie (z takiego piętnastominutowego połowu w sieci zostaje najczęściej kilka rybek, po 10 cm każda). Inni patroszą ryby, kolejni rozkładają do suszenia albo wędzą (w wiosce była wędzarnia dymiąca od świtu do zmierzchu). Te uwędzone są wiązane trawą po kilkanaście sztuk i sprzedawane potem w pęczkach. Każdy wiosce jest za coś odpowiedzialny, od sieci do pęczka, pracują dzieci i dorośli, a psy sprzątają teren.

W porze suchej, kiedy rzeka zaczyna ustępować błotnistej, nieco smrodliwej (to przecież muł z dna rzeki) ziemi, w wiosce widać większe ożywienie. My akurat trafiliśmy na czas, kiedy obeschła już jedna droga wzdłuż wioski, a wokół biegały dzieciaki spragnione ruchu po deszczowym czasie siedzenia w domu i na łódkach. Na linii od wodnych domków do brzegu widać było też ruch czworonogów. Żądne przygody psy, które licznie zamieszkują domki na palach, przypływają co chwila do brzegu żeby pohasać z kolegami na lądzie i wylizać trochę ziemi o zapachu i posmaku ryby.
Koty, które grzeją barierki na werandach w wodnej wiosce, nie dają już nura śladem psów, ale widać było, że oko im iskrzy kiedy patrzą na ląd. Życie na wodzie wydaje się ekscytujące z samej nazwy, ale mieszkańcy pływających wiosek często marzą, żeby móc się przebiec 10 metrów albo pograć przed domem w piłkę.