Po bezpłciowej kulinarnie Mongolii, Chiny otwierają nowy rozdział naszej podróży – smaki.
Będzie tu o kuchni i od kuchni, subiektywnie raczej.

Zapachy potraw zawładnęły nami już od granicy i choć do odjazdu autobusu zostały trzy minuty, musieliśmy skosztować tych aromatów, pierwszych od dwóch miesięcy atrakcji dla naszych uśpionych kubków smakowych.
Po dojechaniu autobusem sypialnym do Pekinu, mimo że było już koło północy, uderzyliśmy na nocną ucztę.

Nasze pierwsze chińskie danie z knajpy syczuańskiej – pieczone bakłażany z długą jak wąż zieloną fasolką, imbirem i czosnkiem. To wszystko w oleju sezamowym i ostrym chili, pałeczki lizać.

beijing, delicioso from sichuan restaurant

W drugim podejściu, bakłażany w towarzystwie pieczonego tofu i krajobraz pod stołem po skończonym przez Chińczyka obiedzie.

Chińczycy jedzą wszystko co się rusza (często żyje jeszcze nawet nabite na patyk do szaszłyka), od węży i pająków, po rozmaite bogate w białko robaki, skorpiony, rozgwiazdy i koniki morskie.

Smaku dopełniają baranie jądra i penisy, siekane i podsmażane z cebulką.

Dla smakoszy, sfermentowane śmierdzące tofu, które czuć już z kilkudziesięciu metrów. Okazuje się, że odziane w aromatyczny imbirowo-sezamowo-kolendrowy sos, smakuje całkiem nieźle.

Inne rozmaitości. Wśród nich flaki i podroby, galaretowate masy, pieczone kasztany, chiński ser (?) nie-tofu, dostojne ostrygi i kraby… to tylko zajawka tutejszych delicji :-P

A na deser… Tutaj akurat całkiem niezłe pozycje w menu, ale jak podsumowała Aśka mieszkająca tu od roku „najczęściej słodycze są tu niesłodkie, a słodkie wszystko pozostałe”.

Dzień zaczynamy zwykle od przetrącenia sitka pierożków gotowanych na parze – u naszego ulubionego Pana Pieroga zwykle z mięsem albo czymś w rodzaju szpinaku, obowiązkowo w sosie z chili, 10 sztuk za kosmiczne 3 zł:) W innych miejscach z różnymi warzywami, krewetkami, innymi wynalazkami…

Wczoraj odkryliśmy cudny stragan z grillem, nie miałam aparatu, ale może dziś zabiorę*, bo na pewno tam wieczorem wracamy. Poszły szaszłyki z kalmarów, tofu pieczone, wędzone, zrolowane z czymś (lepiej nie wiedzieć z czym, ale dobre), bakłażany, kalarepa, grzyby przeróżne których pewnie w Polsce nikt by nie zerwał. Każde na osobnym szaszłyku – wybierasz i wkładasz do „swojego” koszyka, a za chwilę dostajesz zgrillowane i bosko doprawione, mniam.

* Aneks z grilla – dziś były jeszcze długie cienkie grzybki, tofu w sosie pysznym i paczuszki z kolendry owinięte tofu:) gorące zdjęcia prosto z grilla [trochę ciemno było]: