Do Tsengel, małego górskiego miasteczka, dojechaliśmy rosyjskim gazikiem, z Kazachem poznanym na bazarze w Ulgii. Na odjazd z miasta czekaliśmy kilka godzin, do czasu kiedy każdy centymetr sześcienny uaza się wypełnił. Wałęsaliśmy się jeszcze po mieście, w którym na drutach zamiast gołębi siedzą jastrzębie i orły, a na ulicach słychać kazachski i puszczane w eter reklamy z lokalnego kina (seans od 5 osób). Dzień wcześniej spotkaliśmy tutaj dwie dziewczyny z Polski – Monikę i jej mamę Małgorzatę, które rokrocznie od wielu lat jeżdżą we dwie na kilkumiesięczne wyprawy w te rejony. Po zajawkach ich przygód przy wieczornym czaju, już czekamy na książkę!

Droga do Tsengel wije się przez wzgórza, spod kół uciekają myszy, na łąkach tłuste świstaki toczą się do swoich jam, jak piłki bilardowe na bazarze w Ulgii. Jedno stado wielbłądów narusza krajobraz, w którym zazwyczaj nic nie wystaje ponad krótką trawę.
Jedziemy jak zwykle od horyzontu do horyzontu. Zwykle tuż przed kolejną linią nieba jest krótki moment ekscytacji, co dalej… A dalej zwykle jastrzębie, myszy, świstaki i kolejny horyzont.
Na miejscu okazuje się, że jedyny maleńki hotelik w mieście jest właśnie zamknięty, właścicielka wyjechała.
Chwila skupienia, gdzie śpimy. Podmokła łąka nie wygląda zachęcająco na nocleg pod namiotem, do tego ostry zimny wiatr tnie po całym ciele. Aż nasz kierowca się wzdrygnął na samą myśl.
Po chwili woła nas do samochodu i wiezie do swojego domu. Otwiera żona, Peka – mikra trzydziestolatka, z pąsami na policzkach i w grubych okularach na małym nosie. Jest nauczycielką kazachskiego i angielskiego w miejscowej szkole i bez trudu możemy się dogadać. Zostajemy u nich na dwie noce.
On angielskiego ani w ząb, ale też nauczyciel, tyle że wf-u. Mają dwójkę dzieci, które teraz są u dziadków, sto km stąd, w wysokich górach. Właściwie nasi gospodarze też tam powinni być (mieszkają w jurtach, w górach od maja do września), ale wyjątkowo wrócili do miasta, bo Peka stara się o amerykańską wizę. Zamierza jechać do siostry do San Francisco we wrześniu i przez 4 miesiące szkolić swój angielski akcent. Następnego dnia musi jechać 3h do Ulgii, bo tam dopiero jest pierwszy w okolicy internet, a za tydzień wyprawa do stolicy na rozmowę z konsulem.
Przez dwa dni opiekowali się nami, zapraszali na swoje obiady, gościli suszonym serem, domowym słonym i lekko sfermentowanym masłem i kazachską mleczno-słoną herbatą. Wieczorem pierwszego dnia pokazali nam nawet gdzie chowają pieniądze – pod dywanem jak można się domyśleć:) Kiedy wcześnie rano wychodzili z domu, na stole zastaliśmy kartkę z powitaniem po angielsku, parę kluczy do domu, pojemnik z herbatą i drugi z solą:)
Na życie nie narzekają. Trzy czwarte roku spędzają w murowanym domu, bez zbędnych wygód ale ciepłym. Na letnie miesiące wyjeżdżają w góry, gdzie Peka się urodziła. Tam jej rodzice hodują konie, wielbłądy, stado baranów i kóz. Praca przy zwierzętach jest nieustanna i całoroczna. Teraz akurat jest czas sianokosów i widzieliśmy jak kilka razy dziennie wielkie ciężarówki przytłoczone sianem powracały do miasta. W tym czasie ludzie skupują siano lub częściej sami koszą, co było powodem tego że miasto wydawało się puste. Z jednej strony dlatego ze całymi rodzinami na lato wyprowadzają się do jurt, a teraz dodatkowo ci którzy pozostali w mieście, wyjechali na sianokosy. Otwartych było kilka mikro-sklepików z podstawowymi produktami, reszta – na czele z dwoma knajpami, ma się otworzyć dopiero we wrześniu. Po ulicach snują się tylko krowy i jaki, a w powietrzu krążą wielkie ptaki.

Najwięcej pracy przy zwierzętach zaczyna się pod koniec zimy i prawie nigdy nie kończy. Wiele zwierząt jest wtedy w zaawansowanej ciąży i osłabionych już dodatkowo mrozem i marnym pożywieniem, wyskrobywanym zwykle kopytami/racicami spod śniegu. Wtedy przydaje się właśnie to siano koszone teraz (choć jak jest przechowywane do tego czasu, żeby nie zgniło, nie pytajcie; sama chciałabym wiedzieć). Potem kiedy późną wiosną rodzą się młode, pracy jest już tylko coraz więcej – odbiory porodów w serwisie 24h, dokarmianie młodych (bo matki są często za słabe jeszcze albo nawet umierają z pozimowego wyczerpania). Dlatego wiele kazachskich rodzin prowadzi „kontrolę urodzeń” dla swoich zwierząt, żeby jak najmniej przychodziło na świat w zimie, kiedy jest to niebezpieczne zarówno dla młodych jak ich matek.
I tak płynie rok, nadciąga kolejne lato, z nim sianokosy, a zaraz po nich przygotowania do minus czterdziestostopniowej zimy.
Przed zimą zwykle zabijane są zwierzęta (kiedy są jeszcze tłuste), będące podstawą mongolskiej kuchni. W domu Peki pod nóż idzie zawsze jeden koń (Kazachowie jedzą koninę) i z cztery kozy lub barany. Myśleliśmy, że mięso trzyma się po prostu na zewnątrz, w czasie kilkumiesięcznych mrozów, jak w zamrażarce. Ale tutaj dzieli się na podłużne kawałki, soli i suszy. A potem je przez całą zimę.

Kazachowie mieszkający w górach zachodniej Mongolii, hodują też orły, które zimową porą wykorzystują jako żywą broń w polowaniach na zające, lisy i wilki. Zwykle późną wiosną podkradają młode orlice (uważane za silniejsze i bardziej agresywne niż samce) z gniazda i przez wiele miesięcy szkolą je do polowań, karmiąc surowym mięsem. Zimą zabierają na polowania, z których żyje cała rodzina lub nawet kilka sąsiedzkich rodzin. Orzeł zawsze dostaje swój kawałek mięsa i tradycyjnie zjada też płuca ofiary. Sąsiad ojca Peki wychowuje teraz właśnie młodą orlicę, która ma swoją własną jurtę.

Z Tsengel wyjeżdżaliśmy wczesnym rankiem. Na początku w gaziku z czterema miejscami dla pasażerów siedziało sześć osób. Kiedy dosiadła się siódma, dwie dziewczyny wskoczyły chłopakom na kolana. To normalne, nikt tu nie pyta się dlaczego, nie chce zwrotu za bilet. Po prostu, nie chcesz, nie jedziesz, ale nie ma innej możliwości przedostania się do miasta. W Sagsai, w połowie drogi, doszły jeszcze trzy osoby, razem dziesięć, oprócz kierowcy oczywiście. Jeśli nie pamiętacie ile miejsca jest w ruskim gaziku, zajrzyjcie do „malucha”, tam jest niewiele mniej, tyle ze gazik ma wyższy sufit i można siedzieć piętrowo;-) tak, siedzieliśmy w dwupiętrowym rzędzie na tylnym siedzeniu w osiem osób plus dwie z przodu obok kierowcy. Nawet nie trzeba się trzymać, trzeba tylko czasem sprawdzać czucie we wszystkich częściach ciała, jeśli chcemy wyjść o własnych siłach po trzech godzinach.

W Ulgii chwila relaksu. Od razu znajdujemy nyskę-uaza, która o drugiej ma jechać do Hovd. Obiad, internet, spacer po głównym placu, rzut oka na jastrzębie rozwieszone na drutach i czas ruszać dalej. Czekamy jednak. Samochód nie jest jeszcze wystarczająco przeciążony. Od standardowego wypełnienia zwykle jeszcze parę godzin, zanim kolana będziemy wpychać w czyjeś biodra.
Ruszamy. Niestety tylko na stację benzynową, gdzie następuje połączenie sił pasażerów z dwóch uazów i nieszczęśliwie nasz oddział musi przesiąść się do, wydawać by się mogło, wypełnionego już samochodu. I tutaj zapasy, narodowy sport Mongołów, ukazują swoje tajemnice. Bieg do rywala, przepychanki, jak ktoś usiądzie na tobie i go nie zrzucisz chwytem wypatrzonym na lokalnym wrestlingu, to już tak zostanie. Prawo dżungli albo prawo stepu.
Jest nas wiele, tak wiele, że nie widać wszystkich i nie sposób policzyć. Obok mnie Pan Wieloryb rozpościera się od okna, dyszy jak pociąg transsyberyjski i co chwilę odwraca się do kierowcy, wykrzykując mi do ucha zlepek spółgłosek z przewagą „szczżdż”. Stosuję kilka chwytów zapaśniczych, on na to „szczżdż”, no to ja dalej, to co widziałam na Naadamie – z łokcia go, a on się wielokrotne „szczżdż”. Myślę, że nie znał tej zabawy. Z wyczerpania spółgłoskami zasnął.
Pierwszy przystanek tuż za miastem na dezynfekcję. Ze względu na wściekliznę rozprzestrzeniającą się w tym roku po regionie, której źródłem są przemiłe świstaki, należy wejść butem na wycieraczkę spryskaną spirytusem i oto jesteśmy odkażeni. Nasz samochód też się odkaził – do tego stopnia, że przez dziesięć minut nie mógł ruszyć.
Odpalił w końcu, kuszony wiązankami rzucanymi przez kierowcę i przez pierwsze pół godziny ciągnęliśmy 20 km/h z krztuszącym się silnikiem. Potem wyrwał jak rumak, ale po chwili w galopie złapał gumę. Jak się okazało, był to początek splotu nieszczęśliwych samochodowych przypadłości, które sprawiły że podróż stała się przyjemna. Poważnie. Już w kolejnym punkcie kontrolnym kierowca wyjął silnik i zaczął przy nim niespiesznie majsterkować, jakby właśnie w przerwie na toaletę zajął się swoim hobby. Siedząc w plątaninie drutów i śrubek, na pytanie „Kiedy jedziemy” z uśmiechem odparł „ za 5 minut”. Jako Kobietę Bez Zegarka, w zupełności mnie to uspokoiło… ale nie porywczych Kazachów. Zawisły nad nim czarne chmury (i czarne kazachskie głowy, wypluwające z siebie fontanny spółgłosek, prawie jak pokaz „światło i dźwięk” na La Defanse w Paryżu).
Staliśmy jak zwykle w środku niczego, ale Wieloryb zobaczył gazika, który zatrzymał się nieopodal. Wrócił z newsem, że jedzie z tamtymi. Dusza zaśpiewała hymn Mongolii… koniec wrestlingu.
Poleciała już za nim cała chmara naszych współpasażerów, z nadzieją, że znajdą jeszcze wiszące miejsce w sprawnym wozie lub szparę przy kole zapasowym. Ostatecznie zwiało od nas 5 osób plus dziecko, i drugie tyle worków i pudeł. Żyć nie umierać, mieliśmy miejsca sypialne:)
Kierowca niestety stracił kasę, którą tamci odebrali mu zmieniając pojazd. Spiął się, doszlifował nakrętkę, połączył ostatnie kable i stworzył silnik niczym z Lamborghini. Pokazał, że jest prawdziwym Kazachem, odzyska klientów i pieniądze. Gnaliśmy z prędkością wiatru przez pół godziny, zakręty ścinaliśmy przez krzaki, a co większe koleiny braliśmy górą, przelatując ponad nimi. W końcu ich dopadliśmy i po ostrej wymianie spółgłosek udało się odzyskać jedną pasażerkę z dzieckiem i przyległościami. Koło północy po raz drugi złapaliśmy gumę – co prawda koła zapasowe się skończyły, ale mieliśmy jeszcze zapasową oponę. Kierowca w 45 minut sam zdjął starą oponę z felgi (co zwykle w warsztacie robią co najmniej 2 osoby wspomagane technologią), założył nową i nadmuchał. Odjechaliśmy prawdziwym Lamborghini.

Raport filmowy z pogoni:

I zdjęcia fotoreportera:

Dla zatroskanych rodziców i przyjaciół – wylegujemy się teraz w Ulaangom, znów mamy jogurt i pomidory, a z prysznica leci gorąca woda *

* Pytając na miejscu o gorącą wodę, trzeba dopytać jeszcze skąd leci. W jednym z hoteli gorąca leciała ze spłuczki w kiblu, a z prysznica już zimna.
Drugie istotne pytanie – jak gorąca? (wymaga słownika dla zaawansowanych) Czasami jest tylko jedna rura doprowadzająca i woda gorąca nie miesza się z zimną. Trzeba uważać, żeby  w czasie kąpieli się nie zagotować, można za to zalać herbatę:]

Dodatek miejsko-bazarowy, numer archiwalny:

Co do dalszych losów Spaceru, za parę dni wybieramy się do Chin, gdzie podobno wszystkie groźne dla władzy programy, w tym WordPress, FB i Gmail są zablokowane. Jeśli cenzura się potwierdzi i nie spotkam na drodze jakiegoś hakera, będzie mała przerwa w Spacerze na ławce w chińskim parku.