Do Doliny Orchonu dojechaliśmy zdezelowaną furgonetką, za której kółkiem siedział szalony szofer, gnający po bezdrożach niczym na rajdzie Paryż-Dakar. 130 km w niecałe 5 godzin, niezły czas jak na jazdę przez pola i strumienie, bez dróg i GPSa.

Potem przez kolejne 4 dni na koniach, od horyzontu do horyzontu, w królestwie włochatych jaków, mijanych stad kóz i baranów, szybkich jak błyskawica świstaków i zwinnych wiewióromyszy przemykających między kopytami. Noce w przydrożnych jurtach, pobudka rykiem jaka w zastępstwie koguta, kąpiel w strumieniu i jeden feler – codziennie zupa z barana.

Mongolskie siodło jest wąskie i twarde. Na konia łatwo było wejść, cudownie z nim obcować i obserwować jak nabiera zaufania, a już drugiego dnia zaczyna reagować na nasze „czu czu” [wio:-]. Ale dla naszych mięśni, zejście na ziemię po pełnych czterech dniach jazdy było błogosławieństwem. Choć teraz tęsknimy do koni..

Ostatnia podróż na zachód wymasowała nas już permanentnie, a post-sowiecki Grand Hotel dopełnił uzdrawiającego zadania. Jutro ruszamy znowu w stronę horyzontu.