Wczoraj po trzech dniach w podroży i pokonaniu ponad 1300 km dotarliśmy do Khovd w zachodniej Mongolii. Do chińskiej granicy mamy jakieś 100 km w linii prostej (szkoda, że przez pustynię i góry), do Kazachstanu też rzut beretem, za rogiem Rosja… Po prostu wielki świat.

Ku naszemu zaskoczeniu i zdziwieniu wszystkich dookoła, łącznie z pracownikami lonely planet, odkryliśmy ze transport publiczny poza Ulan Bator nie istnieje. Jeśli nie jesteś pasażerem ekstremalnym i nie masz odwagi wsiadać w UB w autobus, który po 70 godzinach podroży przez pola bezdroża i łąki wysadzi cię tam gdzie uzna kierowca, to znaczy, że albo masz własny samochód albo zdecydowałeś się na stopa przez pustynię. My wybraliśmy ten drugi wariant, kiedy w Aivaikher, po 9 godzinach jazdy regularnym (acz wysłużonym) autobusem ze stolicy, spotkaliśmy się z wyrazami współczucia chcąc kupić bilety na dalszą podróż. Okazało się, że nie ma biletów, nie ma autobusów, minivanów i nie ma też informacji w ludzkim języku dla zabłąkanych podróżników. Nawet kierowca taksówki zawiózł nas za darmo do hotelu, tak się chłopakowi żal nas zrobiło.
Na początku oczywiście nie ufaliśmy wiedzy lokalesów, bo jak to możliwe że nie ma transportu wzdłuż głównej i jedynej drogi krajowej na zachód. Jak się później okazało, drogi też prawie nie ma, nie biorąc pod uwagę nielicznych fragmentów pretendujących do miana asfaltu, napotykanych na polnych drogach w kilkugodzinnych odstępach. To pierwszy kraj, w którym dziury pomiędzy odcinkami asfaltu są dłuższe niż wszystkie drogi w Polsce.

Niełatwo nas spławić, poszukiwania biletów trwały! Zajrzeliśmy we wszystkie zakamarki miasta w poszukiwaniu przystanku czy zaginionego kierowcy. Sprawdziliśmy też wszystkie możliwości, łącznie z uroczą rozmową na lokalnym markecie, w której posiadanie rąk umożliwiło szeroko zakrojony dialog i nawiązanie kilku nowych znajomości, ale autobus stawał się coraz bardziej mglistym wyobrażeniem dalszej drogi. W mieście trwała już akcja „pomóż Polakom” i ostatnią deską ratunku była jeszcze wyczarowana spod ziemi dzierlatka mówiąca nieco po angielsku, która kategorycznie zaprzeczyła wszelkim plotkom i marzeniom o bilecie na autobus. Dostaliśmy za to skierowanie na stację benzynową pod miastem, gdzie oto mieliśmy szukać szczęścia (i miejsca) w przejeżdżających tędy dwa razy dziennie (!!!) przepełnionych autobusach. Byliśmy oczarowani perspektywą dalszej jazdy:)

Rano dojechaliśmy na stację taksówką za dolara. Pani szofer, zanim zostawiła nas w szczerym polu, upewniła się jeszcze że to tutaj owe dwa rzekome przelotowe autobusy zwykle się zatrzymują.
Postawiliśmy plecaki na poboczu, kiedy właśnie podjechał jakiś mały bus, wypełniony trzypokoleniową rodzinką. Z kilkuwyrazowym zasobem mongolskiego słownictwa zaczęliśmy poważne rozmowy. Okazało się, że jadą do miejscowości oddalonej o 5h jazdy stąd, nawet we właściwym kierunku, ale… jutro („margasz” – nowe słówko, które przydaje się do dzisiaj). Wymieniliśmy się telefonami i już próbowaliśmy się jakoś dogadać na konkret dnia następnego (bo zdaliśmy sobie sprawę ze rozmowa telefoniczna byłaby jedną z najtrudniejszych jakie odbyliśmy w życiu, nie licząc tych o podwyżkę), a tu nagle wołają, że jadą jednak za 2 godziny. Adrenalina skoczyła. Jak to, pierwszy samochód i już mamy transport, nie będziemy jednak spać na pustkowiu, nie rozszarpią nas nad ranem sępy, które polują tu przy drodze… Bez zbędnych pytań wrzuciliśmy plecaki na dach, dogadaliśmy się co do opłaty paliwowej i zadzierzgnęliśmy pierwsze stosunki międzynarodowe z dwoma babciami, wnuczkami, szwagrami i żoną jednego z nich. Byliśmy w siódmym niebie, a po pięciu godzinach jazdy po bezdrożach, w kolejnym mieście, w którym perspektywa autobusu wydawała się większa (pozornie). Jak się okazało, wycieczka obejmowała zwiedzanie – po drodze zatrzymaliśmy się przy buddyjskiej kaplicy, przy której każdy prawdziwy Mongoł musi zrobić zdjęcie sobie i pozostałym członkom rodziny we wszelkich konfiguracjach. Potem już tylko kilkugodzinna jazda ze wzrokiem tępo wbitym w niezmienną linię horyzontu, pupą wbitą w zdezelowany fotel, kolanem dziecka w biodrze i drugim dzieckiem na kolanie. I dotarliśmy, szczęśliwi że posunęliśmy się na mapie świata o dwa i pół centymetra.

Bayankhongol okazał się jednojajowym bratem bliźniakiem Arkhaiveru. Jak widać budowniczowie w czasach rosyjskiej dominacji stosowali ten sam plan zagospodarowania miasta w każdej większej mongolskiej osadzie. I tak, nieodłącznym elementem miejskiej infrastruktury jest wielki plac centralny z czynnym urzędem miejskim i nieczynnym teatrem, gdzie z głośników aż po horyzont (placu) radośnie rozbrzmiewają złote przeboje piosenki folklorystycznej, pieśni nostalgicznej i patriotycznej. Ich siłę potęguje jeszcze fakt, że plac, nad którym unosi się ten koncert jest zwykle całkowicie pusty, a my stojąc na środku czujemy się jak na planie mongolskiej epopei, z którego wyproszono tłum ludzi, kłębiący się zapewne za rogiem i gotowy wkroczyć tu, kiedy zacznie się refren.

Od placu odchodzi zwykle główna aleja, czyli kilometrowy zlepek płyt betonowych z powyrywanymi krawężnikami. Trzeba przyznać, ze jak wyrywają to już z klasą i smakiem, po obu stronach jednocześnie, co pozwala zachować symetrię w architekturze miast.

Aleja skropiona małymi sklepikami i lokalnymi jadłodajniami, wypełnionymi odorem barana lub jaka, zależnie od specjalizacji. Najbardziej okazały lokal w mieście można poznać po neonie i zaparkowanym hummerze przed wejściem. Na początku wydawało się to dziwne, ale teraz już land rovery, hummery i inne motoryzacyjne perełki zaparkowane przed jurtami są dla nas normalnym widokiem. Ludzie nawet kiedy się bogacą, nie rezygnują często z z życia w jurcie, mycia w garści wody i załatwiania się w szczerym polu na widoku, po oddaleniu się 200 m od domu. Potem strzepują tylko deel z ostatnich kropli, krótki look w lusterko wsteczne samochodu, które służy do kontroli uzębienia i układu grzywki, i jalaaa land cruiserem do najlepszego lokalu z neonem. Takie życie.

W mieście zawsze jest też market, który jest najczęstszym miejscem spotkań towarzyskich, wymiany nowinek ze stolicy, plotek wiejskich, baranich skór na kozie, sfermentowanego mleka na suszony ser, gry w bilard na pieniądze i oczywiście jest nieocenionym źródłem wiedzy o lokalnym transporcie (lub jego braku). To tam właśnie dowiedzieliśmy się, ze z Bayankhongor nie ma żadnego publicznego transportu na zachód kraju, a jeśli chcemy, za oplata sześciuset dolarów każdy lokalny właściciel pojazdu czterokołowego chętnie zawiezie nas tysiąc km dalej do Khovd. Nie chcieliśmy i nie poddawaliśmy się, jeszcze wieczorem kładąc się z nadzieją, że jutro o 9 rano będzie jakiś transport chociaż do Ałtaju (10h) który jest prawie w połowie drogi do Khovd (21h). Nadzieja budowana informacją z dwóch niezależnych źródeł, dawała jej niemal status pewnika.

Rano skierowaliśmy się więc od razu na plac przed marketem, który miał być miejscem odjazdu naszego domniemanego busa. Minęła dziewiąta, trzydzieści po.. W okolicach dziesiątej pani z baru, w którym złożyliśmy swój dobytek rozpoczęła akcję poszukiwawczą transportu dla nas. Wykonała kilka telefonów, wymieniła parę szeleszcząco-chrząkających zdań z kierowcą minibusa, który przyjechał właśnie z Ulan Bator, ale niestety po jej minie wnioskowaliśmy ze transportu nie ma. Niezrażeni postanowiliśmy jeszcze trochę postać, zachęcani zaproszeniem na słono-mleczną herbatę z baru.

I nagle zjawił się on – anioł w ciele czterdziestoletniego lokalesa i dźwięczną angielszczyzną przemówił. Brak autobusów, brak dróg i brak dalszej nadziei, czyli małe deja vu z dnia poprzedniego. Wpakował nasze rzeczy do bagażnika swojego samochodu, wywiózł na obrzeża miasta i zostawił z instrukcja pytań do zatrzymujących się kierowców. Spośród kilku pierwszych wozów, które stały pod przydrożnymi barami, żaden nie jechał w nasza stronę. Biorąc pod uwagę, ze strony były tylko dwie, a Ałtaj najbliższym miastem (po 10 godzinach drogi), uznaliśmy że sytuacja nie jest beznadziejna.

Po pół godzinie podjechał bus, dziadek wszystkich busów, zbudowany na planie sześcianu (pewnie tym samym co wszystkie tutejsze miasta). Wysiadł kierowca. Pytam – Ałtaj? Potwierdził. Khovd? Tez jedzie. Zabierzesz nas? pytam z użyciem rąk, nóg, sięgam nawet po międzynarodowe spojrzenie z serii „ratuj nas rozbitków, jeśli nie ty to kto, no kto..” Twardo kiwa przecząco głowa. Stosuję spojrzenie nr dwa „rozszarpią nas sępy i pożre czerwony robak gobijski…” Chwila ciszy. Pokazuję, że możemy siedzieć na podłodze, gdzieś pomiędzy siedzeniami. Prowadzi mnie do busa, otwiera (co wymagało doświadczenia). Do środka nie ma jak wejść. Ludzie wciśnięci w mikroskopijne chińskie foteliki, a pomiędzy nimi wszędzie wielkie paki. Cały tył zakryty kilkuwarstwową pokrywą pak, podłogi nie widać, bo też cala zawalona do wysokości dorosłego człowieka. A wiec nie ma miejsc na podłodze i nie ma między siedzeniami… Patrzę na pudła, rysuję na jednym kwadrat o boku 10 cm i wskazuję na siebie, a obok drugi większy (11 cm) i pokazuje Marcina. Uśmiechnął się, jest nieźle. Zaczyna główkować i po chwili pokazuje, że weźmie jedną osobę, ja na to że my jesteśmy jak jedna właściwie, że na tych dziesięciu cm na kolanach możemy nawet (myśl, ze do Khovd jest 1000 km i średnio 25 h jazdy zepchnęłam na moment w najdalsze zakamarki świadomości). Zadymiło, zaparowało, w międzyczasie wrócił nasz anioł sprawdzić jak nam idzie i pomógł w dopięciu transakcji:) I jak to w bajkach bywa, odjechali i żyli długo i szczęśliwie.

To był najdłuższy stop, jakiego udało nam się złapać w życiu. Po 21 godzinach nabijania siniaków o rurki, sufit, torby, kolana współwięźniów, trzech przeprawach przez rzeki, które wdzierały się do środka zalewając nas i pudła, po boju ze stadem komarów nad ranem i walce z nadchodzącym od wielu godzin snem, dotarliśmy do kolejnego marketu, kolejnej alei i głównego placu miasta. Wystrój znajomy, rój much nad świeżo oprawionymi baranimi skórami podobny, stoły do bilarda pod gołym niebem takie same. Tylko horyzont tu zupełnie inny – dookoła olbrzymie góry pokryte śniegiem i pachnie już Kazachstanem.

Mieszkamy w Grand Hotelu wspartym na leciwych sowieckich kolumnach, który Grand jest co prawda tylko z nazwy, ma za to wygodne lóżka, ciepłą wodę (czasem) i internet z lewego źródła. Od wczoraj leżę i pachnę:)


Mamy już tu ulubiona knajpę, ciastka z kremem w cukierni, na markecie odkryliśmy wczoraj arbuzy, melony, ogórki i pomidory. Po prostu raj:) Niedaleko na obrzeżach miasta płynie rzeka – rzadkość w Mongolii, a przy niej rosną drzewa – prawdziwe drzewa z korą i liśćmi. Już ponad miesiąc nie widzieliśmy drzew w takiej ilości i ich widok jest niesamowicie kojący.

I na koniec wspomnienie Gobi sprzed tygodnia, dwóch: