Już czwarty dzień jesteśmy w Ułan Bator, a co chwilę odkrywamy coś nowego. Jurty pomiędzy blokami, wegetariańska zupa z mięsem i konie galopujące na miejskim skwerku to już standard. Lokalne smaczki (głownie mięsne;) sprawiają ze każdy dzień nabiera nowego kolorytu.

Drogę z Ulan Ude, ponad 500 km cienką piaszczystą kreską czasem zabarwianą asfaltem, pokonaliśmy w 15 h sześcioma środkami transportu. Do granicy było całkiem luksusowo, jedną marszrutką wśród zmieniającego się krajobrazu wielkiego sosnowego boru do łagodnych pagórków pokrytych rozwiniętym brytyjskim trawnikiem aż po horyzont. W połowie drogi do horyzontu przerwa na toaletę w budce z dziurą, pośrodku niczego. Mieszkały tam niesamowite świerszcze, które chodząc po trawie cykały standardowym cykiem, ale kiedy wzbijały się w niebo, zaczynały klikać, trochę jakby stepowały uderzając skrzydełkami o cząsteczki powietrza.

Samą granicę przejechaliśmy już lokalnym wynalazkiem czterokołowym, wypatroszonym wewnątrz ze wszystkich sprzętów, aby pasażer miał więcej miejsca. Granica niby piesza, ale pieszo jej przejść nie można. Taki pomysł na rozkręcenie biznesu dla lokalnych właścicieli aut, niekoniecznie napędzanych paliwem. U nas na przykład napędem była żona kierowcy, która pchała samochód kiedy co 15 minut posuwaliśmy się w kolejce o długość jednego wozu. Benzyna stała w środku, w plastikowej butelce, w razie gdyby żona się rozładowała.

Po drodze dołączył do nas Francuz z zamiłowaniem do podroży i wielkim teleobiektywem, którym ćwiczył biceps. Niedługo potem zaplótł się wokół nas wianuszek mistrzów arytmetyki i miłośników waluty obcej. Negocjacje kursu dnia okazały się niezwykle przyjemne. Posłużył nam do nich notes, w którym wszyscy uczestnicy zabawy wpisywali kolejno swoje typy liczbowe. Wygrywał ten, kto miał długopis. Jeżeli okazało się, ze nasz typ pokrywał się z typem innego gracza, następowała tradycyjna wymiana banknotów. Po zakończonej zabawie wszyscy rozeszli się do swoich zajęć, my z portfelem większym o trzy zera.

Pierwsze dialogi wychodziły opornie, sądząc po efektach rozmów. Właściwie były to dwa monologi, w dwóch różnych językach i prawdopodobnie na dwa różne tematy. Słuchaliśmy w lekkim transie czegoś co jest połączeniem chrapania na jawie, charczenia i chrząkania. Trochę jakby ktoś puścił taśmę magnetofonowa od końca albo pociął ja na kawałki i skleił je losowo wycinając wszystkie samogłoski. Gdyby na świecie istniał wyraz „hżrszczhrrr”, na pewno byłoby to mongolskie słowo (nawet gogle translator odmówiło tłumaczenia na mongolski, taki to język mili Państwo:).

Ze względu na niechęć porzucenia samogłosek na rzecz chrząkania i kilka drobnych nieporozumień co do celu jazdy, poruszaliśmy się w stronę stolicy drobnymi (ale rozległymi widokowo) odcinkami. Poza nielicznymi miastami (miastem?) z architekturą typowo komunistyczną, za oknem rozciągały się równiny i łagodne pagórki, których miękkie szczyty po chwili schodziły w dół w szerokie zielone doliny. Czasem z daleka było widać dym, a potem kilka białych kropek, które w miarę przybliżania okazywały się wielorodzinnym osiedlem jurt, z pasterzami przy ognisku, na koniach i siedzącymi na trawie. Wokół krowy, owce, rzadziej kozy, psy dumne ze swej roli zaganiaczy. Niemal tuż przy drodze pasły się wielkie włochate jaki, z włosem długim do ziemi i rogami do nieba. Przed małą drzemką gdzieś pomiędzy napisami końcowymi mongolskiego kina akcji a muzycznym eposem lokalnego Muńka Staszczyka nagle za oknem zobaczyliśmy stado kilkunastu dzikich koni pędzących w dół zboczem góry. Niebiański widok, jak sen na jawie tuż przed zaśnięciem…

W jakiejś czternastej godzinie jazdy, kiedy przestaliśmy już liczyć barany, świat nagle utonął w pyle. Zrobiło się ciemno, tumany piachu krążyły w powietrzu nie tylko dookoła autobusu, ale zaczęły też przeciskać się do środka, przesłaniały mongolskiego Muńka i chrzęściły w zębach. Wcześniej słyszeliśmy, że sporo pyłu unosi się przy drogach Mongolii, ale nie sądziliśmy że coś przebije Etiopię, w której pył przesłaniał czasem słońce. Tutaj zasłaniał każdy milimetr nieba, tak że po przebudzeniu trudno było zgadnąć czy mówić dzień dobry czy dobranoc sąsiadom z fotela obok. W razie czego milczeliśmy, że niby to jesteśmy zorientowani.

Wielkie zapiaszczenie nie trwało jednak długo, po 15 minutach pył opadł i w jego oparach ukazało się miasto. Ułan Bator urosło zupełnie znienacka, jakby ktoś zasadził magnolię na pustyni.

Dzisiaj już wiemy, ze miasta nie można określić jednoznacznie. W centrum wielka metropolia, z nowoczesnymi budynkami, ogromnym placem Suche Batora, stanowiącym centrum kulturalno-społeczne. Obok dwa teatry, cyrk stacjonarny, mnóstwo banków, centrów biznesu, trochę dalej stadion narodowy i nowoczesne Kabaty. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim istnieje jednak inny świat, który wplata się na dziko w strukturę wielkiej metropolii. Niezliczone jurty w towarzystwie murowanych domów, a na obrzeżach całe ich osiedla. Konie przemierzające z gracją najbardziej ruchliwe zakorkowane popołudniami ulice, biegnące truchtem jak cienie miejskich landrowerów i tylko pozostawione wszędzie końskie odchody zdradzają ich tam obecność.

Jest też jeszcze wiele niezagospodarowanych terenów, przy których już czają się dźwigi i straszą wielkimi paszczami koparki. Tam konie pędzą galopem, każdy z mocą stu koni, w głowie mają sen ze stepu, zbocze po którym gnają i z otaczającej rzeczywistości rozpoznają tylko głos swojego jeźdźca.

I jeszcze mały traktat o jedzeniu, bo powoli robię się głodna.
Zgodnie z zapowiedziami, mięso jest wszędzie. Nawet tam gdzie najmniej się go spodziewamy, w daniach „warzywnych” (właściwa nazwa „z elementem warzywa”), w każdej zupie, w sosie do ryżu, nawet znaleźliśmy ser prawie żółty z kawałkami mięsa w środku (specjalnie go nie szukając). Z potraw dostępnych wszędzie jest tak zwany huszur (tych „u” nie wymawiają oczywiście), czyli smażony placek z mięsem w środku (traktowany jak u nas kanapki tyle że w jednym rodzaju, huszur warzywny istnieje tylko teoretycznie) i buuzy czyli jakby pyzy z kawałkami baraniny i sosem wewnątrz. Zaznaczę, ze nie jest to rodzaj baraniny jakiej wyobrażenie mamy w Polsce, również co do doznań zapachowych.

Z jadalnej części asortymentu, jeszcze kilka dni temu były chleby, pomidory i trochę owoców, ale zorientowaliśmy się, ze transport z Chin czy Rosji jest chyba raz w tygodniu, bo nawet w największych supermarketach półki chlebowo-warzywne reprezentowane są przez cebule z czosnkiem, kapustę, ziemniaki i jabłka po 30 zł za kg. Sadownicy są tu chyba bogatymi ludźmi.
Z odkryć kulinarnych niezły biały ser, coś w stylu mozzarelli, tutejsze bułki (mondyy) przypominające kluski na parze i całkiem niezłe sałatki z jajek z majonezem i ogórkiem konserwowym (wyczuwalna nuta Urbanka).
Są też delicje, których nie musimy na razie próbować i tylko przyzwyczajamy się do ich widoku. Kto wie co przyniosą kolejne tygodnie poza Ulan Bator, myślę, że na wszystko przyjdzie czas;-) Wśród smakołyków różne pieczone wnętrzności, flaki wypchane mięsem i słoniną, biały suszony i pokruszony ser, ajrag (czy kumys) czyli napój ze sfermentowanego mleka jaka i deser będący obiektem wielu westchnień – suszone na słońcu kożuchy z mleka, krojone później na kawałki i przechowywane na specjalne okazje (w których niekoniecznie musimy się znaleźć).

Cóż, tak się zrobiło smakowicie, że czas coś przekąsić i popić lekko tłustą i słoną herbatą z mlekiem lub masłem jaka. To pierwszy kraj, w którym zamawiając herbatę trzeba dodać „i bez soli” zamiast „bez cukru”. W Ulan Bator dostępna jest też czarna herbata, ale poza już nie, o czym zdążyliśmy się przekonać pierwszego dnia jadąc tutaj.

Nie napisałam jeszcze o Nadaam, mongolskim święcie niepodległości, które wypada 11 lipca, ale obchodzone jest hucznie przez 3 dni, z zawodami w jeździe konnej, łucznictwie i zapasach (poza miastem Naadam może trwać nawet tydzień, mamy zamiar poszukać jeszcze takiej wiejskiej wersji).
W zamian za to kilka zdjęć z mongolską wersją rozrywki wokół Nadaamu. O samym święcie może jeszcze kiedyś wtrącę, bo jeden dzień spędziliśmy na stadionie narodowym oglądając największe na świecie narodowe mistrzostwa wrestlingu, kto by pomyślał… ;-)

Wczoraj po raz pierwszy usłyszałam tradycyjną mongolską Urtyn duu, czyli z angielska “long song”. Nazwa jest taka nie dlatego, że pieśń jest długa, ale ze względu na to że każda sylaba jest przedłużana w nieskończoność. Czasami nawet pięć minut piosenki może składać się z kilku słów.

Tradycyjnym śpiewem w Mongolii jest śpiew gardłowy, rozpowszechniony szczególnie w zachodniej i północno-zachodniej części kraju. W Ulan Bator nie usłyszymy go na ulicy i najlepszym miejscem żeby posłuchać tych niesamowitych pieśni był wczorajszy teatr.
Tutaj kilka znalezionych na youtubie:

Bajartaj, czyli w wolnym tłumaczeniu „do usłyszenia wkrótce, kiedy elektryczność i internet stworzą przyjazne środowisko :-)