Droga do Barguzina, z 1 lipca chyba.

Mkniemy przez dziury, jak przez powierzchnię szwajcarskiego sera. Gdzieniegdzie nieśmiało na powierzchnię przebija się asfalt, ale jakby się czuł nie na miejscu.
Za wioską Turka, gdzie w przydrożnej gospodzie zjedliśmy niezły dwudaniowy obiad (barszcz i griczka z mielonym), dziury nabywają głębi i nowego znaczenia „czarnej dziury”, z której wydostania się nie można przewidzieć.
Nasza marszrutka zwinnie pokonuje slalom, czasem wzbijając się ponad rzeczywistość i opadając z dźwiękiem (łamane przez jękiem) obtłuczonych już kilkugodzinną jazdą kości ogonowych.
W tym czasie codzienność w busie nabiera kolorytu. Matka z synem za nami, między wzniesieniem i spadkiem zwinnie rwą i pożerają wędzonego omula, którego nabyli na przystanku pół godziny wcześniej. Ryby nie sposób nie poczuć, zapach zawładnął już nozdrzami wszystkich, ze śpiącymi włącznie. Na siedzeniu obok mnie, dwie obce sobie osoby leżą w splocie głowo-ramiennym, śniąc z otwartymi ustami o omulu, coraz bardziej lgnąc do siebie w rytmicznych podskokach marszrutki, które mają w sobie coś z kołyski do usypiania.
Za oknem dżungla północy – tajga, nietknięta, zarośnięta, z bagnami, powalonymi drzewami, długimi jak bambusy brzozami, wygiętymi w łuk i z koronami zamoczonymi w wodzie dożywotnio.
Czasem przy drodze dom, zawsze drewniany i lekko zapadnięty, bo w końcu osiadł tu na zawsze. Krowa na środku drogi, czołg zaparkowany przed płotem i pustka.
Babcia uchyla lekko okno i szybkim gestem wyrzuca na ziemię kilka kopiejek, które trzymała w garści. To jedno ze świętych miejsc, które my – innostrancy, możemy rozpoznać tylko dzięki kolorowym wstążkom i skrawkom materiałów przywiązanych do drzew i do miejsca. Pieniądze są ofiarą dla duchów lasu.
Zdarza się od czapy znak przejścia dla pieszych, tutaj gdzie dzikie wszystko i nie ma pieszych. Może za dużo znaków wyprodukowali.
Nagle kierowca dociska hamulec, śpiące głowy lecą, za nimi ich właściciele, omul ciągnie rękę matki, matka syna. To tylko kacza rodzinka przebiega pylistą drogę poza przejściem, choć bardziej tutaj spodziewalibyśmy się brunatnych niedźwiedzi.
Jedziemy dalej jakby nigdy nic, głowy leżą jak dawniej, po omulu zostały już ości. Wokół przy samej drodze paprocie i skrzypy.

Odpowiedź na reklamacje:
Poniższe zdjęcia są ilustracją przeszłych i przyszłych wpisów i zupełnie nie ilustrują naszej drogi, gdyż po pierwsze nie lubię robić zdjęć przez szybę, a po drugie wysokość i niespodziewany charakter wstrząsów nie pozwoliłyby na oddanie obrazu czegokolwiek :-D

I syberyjski konkurs z mongolską nagrodą:) Kto pierwszy znajdzie na zdjęciach skrzynkę pocztową, dostanie od nas kartkę z Mongolii, do której jutro już zmierzamy.