Okazuje się, że podróżując niezwykle trudno znaleźć czas na pisanie. Zawsze znajdzie się jakieś miejsce fajniejsze od tego przed ekranem laptopa, wszystko nowe, przyciągające i fascynujące. I świadomość, że tu jeszcze w miarę możemy pogadać z lokalnymi ludźmi (bo w Mongolii i Chinach zawiłych życiowo dialogów już nie będzie) też sprawia, że lepiej posiedzieć z nimi niż o nich pisać.

Nadrabiając zaległości zdjęciowe, na początek Gremiaczinsk – wioska w której wylądowaliśmy wracając już do stolicy Buriacji. Jak tylko tam dojechaliśmy, okazało się, że we wsi nie ma akurat światła (a na drutach zamiast ptaków wiszą robotnicy w kaskach). A jak go nie ma, nie działają też komórki (?), nie otwierają się lodówki z piwem (:-) i nie można kupić biletu dalej na autobus :)
Zrobiliśmy mały lokalny wywiad i znaleźliśmy fajnych gospodarzy z przytulnym domkiem i piątką wnucząt. Pani Mariya, która ewidentnie rządziła w tym domu, od razu pokazała cały swój zwierzęcy asortyment – psa z kotem, kury z gęsiami i przedszkolem kurczaków z dostawką dla 2-miesięcznej gąski. W nocy ujawniła się też chrapiąca świnia. Mąż w tym czasie chodził za żoną, a po wyraźnym jej znaku napalił nam w piecu. Mówił, że zimą u nich ciepło, tylko minus dwadzieścia (co przy minus czterdziestu sześciu ostatniej zimy, o których wspominała Pani Wiera mieszkająca w Barguzinie przy cerkwi, było rzeczywiście temperaturą na spacery z rozpiętym guzikiem futra).
W Gremiaczinsku mnóstwo zwierząt. Trafiliśmy do tego na okres godowy, więc ze wszystkich stron dochodziły bycze i kozie odgłosy zalotów – dowody na niektórych zdjęciach.