Zapiski z 4 lipca, amerykańskiego święta nie bardzo znanego w Rosji.

Wczoraj w strugach deszczu wpłynęliśmy z Kurumkan do Ust Barguzina. Wpłynęliśmy dosłownie, bo ostatnim odcinkiem jest przeprawa promowa, z którą wiąże się… cala przeprawa:) Na zachętę godzinny postój w oczekiwaniu na swoją kolejkę, bo pływający podest szumnie zwany promem mieści tylko kilka samochodów. W dodatku trafiliśmy na przerwę obiadową, kiedy to cała załoga barki przerywa pracę i zasiada w jedynej w okolicy knajpie po drugiej stronie rzeki. Jak to mówią w Rosji „szto diełat”, czekać trzeba. Zresztą tutaj wszyscy do kolejek przyzwyczajeni, my już też.
„Prom”, perełka wśród ostatnio napotkanych innowacji, jest zapewne efektem wielkiej potrzeby połączonej z brakiem środków. W rezultacie niezwykłej pomysłowości mieszkańców powstała platforma z dostawką siedzeniowo-dachową, placem i masztem na rosyjską flagę. Sama z siebie nigdzie by nie popłynęła, ale tu ciągnięta jest przez wiekową motorówkę z potężnym silnikiem bez tłumika. I tak oto kilkadziesiąt razy dziennie szerokość rzeki przemierza mała motorówka, wyginając się po drodze w ósemkę, a za nią pogina wielokrotnie większa od niej (ale dorównująca wiekiem) tratwa z ławkami i małym samochodowym parkingiem. Trafność w pomost na drugim brzegu rzeki – zróżnicowana. Przyjemność poruszania się tym patentem – bezcenna.

Całkiem przypadkiem pokonaliśmy 3-godzinną trasę taksówką, ale w cenie biletu autobusowego. Z niewyjaśnionych do dziś przyczyn nie załapaliśmy się na autobus, mimo dotarcia o czasie pod jego drzwi i jawnego (może za bardzo) wyrażania chęci jazdy. Ludzie już wsiadali, silniki charczały, wydawałoby się że nasze starania są na dobrej drodze, gdy nagle kierowca niewzruszony naszym rosyjskim akcentem, odesłał nas do kasy. Fakt, nie mieliśmy biletu, bo decyzje o wyjeździe do Ust Barguzina podjęliśmy jakieś 12 minut wcześniej pod wpływem tak zwanego impulsu podróżnika, który pojawia się bez zapowiedzi i każe jechać dalej. No to podążyliśmy za nim (tym impulsem) i mijając po drodze incydent z kierowcą, skierowaliśmy się do jedynej, w promieniu zapewne stu kilometrów, kasy. Pani kasjerka, kobieta z władzą, kazała usiąść i czekać. Ale jak tu czekać skoro autobus, jedyny tego dnia, już odpala. Próbowaliśmy swoich sił zaczynając jednostronna pogawędkę z niedosłyszącym jak się okazało Buriatem. Pan zadawał nam pytania zapoznawcze i choć odpowiedzi już nie słyszał, intuicyjnie zachęcał do jawnego sprzeciwu władzy i wejścia na pokład.
Chwilę potem na horyzoncie pojawił się też nasz lokalny drug Radik, który tego dnia proponował nam nocleg na swoim „ranczo” z kurami, krowami i końmi. Radik kategorycznie nakazał wsiadać za plecami i całkowitą niezgodą pani kierowniczki-kasjerki, co zrobiliśmy. Posiedzieliśmy w autobusie z półtorej minuty zadowoleni z obrotu sprawy, gdy wtem do środka wtargnęła ona – kierowniczka wszystkiego, z miną nieznosząca sprzeciwu i ołówkiem w ręku skierowanym na mnie. Bez awantury, kulturalnie nas wyprosiła, pod nosem zdradzając, że „będzie druga maszyna”.
Jak się wkrótce okazało, na skutek cichych układów i szybkich telefonów, zostaliśmy osadzeni w taksówce. Właściwie nie było pytania czy chcemy, tylko krótki nakaz otwarcia i zamknięcia za sobą drzwi, bo przecież taksówka odjeżdża. Upewniliśmy się tylko przed zajęciem sofy w drugim rzędzie, że ta przejażdżka nie pochłonie wszystkich oszczędności przeznaczonych na wielomiesięczną podróż. Jak się okazało, kierowca jechał akurat do Ułan Ude i wziął od nas tylko równowartość biletu na autobus, łatając tym samym dziurę budżetową syberyjskiego szofera. Razem z nami zabrał się tez Wołodia, jadący do rodzinnej Kiachty, miasteczka przy granicy z Mongolią. Wołodia pracuje w administracji i raz był w Moskwie, w dodatku samolotem na koszt podatników. Ostatnio, z okazji dwustu(coś)lecia Kiachty gościł delegata z Polski, podobno równy gość;-) Po kilku zdaniach wymieniliśmy się telefonami (mamy rosyjską komórkę) i zaproponował, ze oprowadzi nas po Kiachcie kiedy tam przyjedziemy. A że jest tam właśnie przejście graniczne z Mongolią, a nam za 5 dni kończy się rosyjska wiza, niebawem go odwiedzimy.
Gienadij, nasz kierowca, po oficjalnym zaproszeniu od Wolodii, czym prędzej się podłączył, proponując przejażdżkę taryfą po Ulan Ude, gdzie miał spędzić upojny kolejny tydzień. Rozważamy.

I tak oto, wśród pytań o Polskę, Rosję, przystanek na toaletę, prywatne życiorysy i „spisek”!! smoleński, upłynęła jazda pierwszą taksówką w czasie tej podroży. Po szczęśliwej przeprawie przez rzekę, wysiedliśmy wśród potoków deszczu przed Kafe, jak się później okazało jedynym w mieście, ale permanentnie zamkniętym do dzisiaj. Całe nasze plany obmyślania strategii najazdu na miasto przy szklance rosyjskiego czaju z cukrem (lub cukru z czajem), rozmyły się w okolicznych kałużach.

Dzisiaj po porannych oględzinach gęstości chmur i ocenie prawdopodobieństwa burzy śnieżnej (niskie), ruszyliśmy na Półwysep Nos, odkrywając po drodze liczne dary lasu (nie mylić z darami losu). Na całej długości trasy przy piaszczystej drodze rosły spore krzaki jagód, dużo wyższe niż polskie, i ogromne połacia czerwonych borówek, na razie jeszcze biało-kwiecistych i niedojrzałych. Pod koniec lata jest tu pewnie leśno-owocowy raj.
Z mchu dumnie wystawiały kapelusze grzyby, najwięcej chyba podgrzybków i innych podobnych. Na początku widzieliśmy pojedyncze egzemplarze, ale po chwili, kiedy nasz wzrok nabrał już ostrości oka grzybiarza, zauważyliśmy, że nawet przy samej drodze rosną cale rodziny podgrzybków, wielodzietne i w konfiguracjach wielorodzinnych.
W sumie przeszliśmy 10 km w każdą stronę, docierając do rozbuchanego dziś i spienionego Bajkału, ale i tak był to tylko czubek nosa Nosa. To niesamowite poczuć znowu zapach gorącego piasku i rozgrzanych szyszek, usłyszeć szum tysięcy sosen, z których każda jest królową tajgi, a na każdym kroku wsłuchiwać się w narastający ryk ducha Bajkału, nie bez przyczyny nazywanego syberyjskim morzem.

Aneks. Chciałam dziś w lokalu gastronomicznym zamówić kotleta z surówka, ale okazało się to niezwykle trudnym zadaniem i niemal występkiem przeciwko władzy. Bo „my tu jemy kotlety z kartoszką (ziemniakami)”, jak dobitnie zaznaczyła pani bufetowa. Udało się, choć zamówienie było chyba incydentem na skale gastronomicznej historii miasta.