Z internetem tutaj jak z mięsem na kartki – niby jest ale niedostępny. Na przykład dzisiaj się okazało, że na poczcie mają, ale w poniedziałki. Piszę więc sobie offline, z nadzieją, że poniedziałki będą częściej.

Jesteśmy w Arszanie, małym uzdrowisku w Tunkińskich Golcach, ze 100 km na zachód od donej części Bajkału. Uzdrawiamy swe nadwyrężone już 2-tygodniową podróżą ciała i pijemy wody z bogactwem minerałów, które zapewne wkrótce sprawią że piękni i młodzi odjedziemy odkrywać kolejne zakamarki Syberii.

Pogoda bywa zmienna, ale tutaj szczególnie wyraźnie. Do poniedziałku smażyliśmy się przez 5 dni na wyspie Olchon w około 30-stopniowym upale, a dzisiaj w nocy przedłużonej do popołudnia szumiało, wrzało, zacinało, a w górach spadł piękny śnieg. Na szczęście większość spektaklu oglądaliśmy przez małe okno naszego małego domku, w którym w małym piecu palił się duży ogień. Ale kiedy wyszliśmy na zewnątrz ugotować na obiad pielmieni (takie uszka z mięsem, nie sprawdzamy jakim), to z ust leciała para ulatująca z wiatrem, być może na Górę Miłości nieopodal (Pik Liubwi, 2200m).

Z wieści ogólnospożywczych, w sklepach wiejskich calkiem niezłe chleby i lepioszki (okrągłe i płaskie chlebo-bułki wypiekane w piecu na ulicy), twaróg, śmietany przeróżne, czasem parę kiełbas na wypasie, a niekiedy kilka parówek samotnych na środku wielkiej chłodziarki czeka na przeznaczenie. Resztę półek okupują konserwy, makarony, worki z ziarnami, wędzone ryby (te bardziej na Olchonie, tutaj wciśnięte już w puszki). Każdy sklep, niezależnie od wielkości posiada też cały dział, ścianę czy kąt przynajmniej, poświęcony wystawce wódki (kilkadziesiąt gatunków nawet w małym sklepie) i piwa (w tym sporo piw w 2-litrowych plastikowych butelkach o wdzięcznych nazwach Biały Niedzwiedz czy 3 Niedziewiedzie – w każdym razie niedźwiedzie dość często tu występują, przynajmniej na etykietach.
Bary i stołowyje obstawiają najczęściej pozy (lub z buriacka buuzy), czyli takie pierogi-sakiewki z mięsem i sosem w środku, pielmieni (małe pierożki), bliny (takie nasze naleśniki, czasem na drożdżach), pirożki (bułki drożdżowe pieczone lub smażone, w środku z kapustę, ziemniakami, rybą itp.), a z zup króluje rybna ucha i mięsna soljanka.
Zgłodniałam od tego pisania, a tu już zęby umyte. Żeby umyć je ponownie, musiałabym wyjść na 10-stopniowy chłód, a mając jako alternatywę skwierczący ciepły piec w domku, nie ma opcji wyjścia.

Zanim nadeszły syberyjskie chłody, spędziliśmy 5 letnich dni na Olchonie, magicznej szamańskiej wyspie po wschodniej stronie Bajkału. To jakieś 280 km od Irkucka, w tym krótka przeprawa promem. Promy kursują od połowy maja do połowy grudnia (akurat tutaj, bo na większej części Bajkalu tylko w miesiącach letnich, kiedy wszystkie lody się stopią, kry rozpłyną, a ludzie zapragną się przemieszczać). W zimie, kiedy lód osiąga co najmniej 20 cm grubości, transport wodny zastępowany jest lądowym (a właściwie lodowym), są wyznaczone normalne trasy przejazdowe na całym Bajkale. Jeżdżą i samochody osobowe i wielkie ciężarówki, nie mówiąc już o tym, ze na początku XX wieku kiedy trwaly jeszcze prace nad budową kolei „wokółbajkalskiej”, po Bajkale transportowano całe pociągi z pasażerami:) Niestety co roku zdarza się sporo wypadków – dwójka znajomych Eleny, naszej gospodyni w Irkucku, zginęła tak w lutym tego roku, kiedy pojechali na Bajkał łowić ryby. Wjechali na miejsce zastawione już przez inne samochody, w tym ciężarówki. Skoro one tam bezpiecznie stały, to mały samochód tym bardziej powinien przejechać, ale niestety się nie udało, w lodzie była spora rozpadlina i rozpędzeni wjechali pod pokrywę… Takich wypadków jest dużo, ale nikt o nich nie mówi, prasa nie wspomina i dopiero kiedy dotknie to kogoś bliskiego, ludzie na chwilę zdają sobie spraw z niebezpieczeństwa. Ale ryzykują dalej, bo przejazd w poprzek Bajkału jest czasami najszybszym albo jedynym sposobem dostania się do odległych miejsc.

Olchon to kraina szamanów, duchów i magicznych mocy. Mieszka tu pięć z trzynastu rodów szamańskich, które dotychczas żyją jeszcze w tym regionie. „Profesja” jest dziedziczona i następca musi w określonym momencie życia zdecydować czy czuje „moc” i czy będzie szamanem. Zwykle jednak czuje (presję;), bo inaczej oznaczałoby to koniec jego szamańskiego rodu.
Szamani pomagają lokalnym uporać się z przeróżnymi dolegliwościami, jedni bezpłatnie i po znajomości, jakby przy okazji sąsiedzkich wizyt, inni za pieniądze i bardziej komercyjnie. Ludzie zgodnie twierdzą, że szamańska pomoc ma swoją siłę uzdrawiania.
Co roku w lecie odbywa się tutaj „zlot” szamanów (w tym roku będzie 4 sierpnia), na którym szamani odprawiają wielogodzinny rytuał oczyszczenia, otwarty dla wszystkich.
Na całej wyspie jest mnóstwo świętych miejsc, czczonych na co dzień przez tutejszych Buriatów. Można je rozpoznać już z daleka, przez powiewające na wietrze kolorowe wstążki i skrawki materiałów, zawiązane na gałęziach drzew, słupkach, kamieniach. Kolory wstążek też symbolizują intencje, np. białe i niebieskie wstążki to modlitwy za duchy, zielone zdrowotne, żółte to prośby o pieniądze i czerwone na szczęście. Wokół tych miejsc leżą dziesiątki monet podarowanych duchom, dobrze też zapalić na miejscu papierosa i zostawić duchom do popalenia albo skropić ziemię setką wódki, jak zrobił nasz współpasażer z marszrutki.
Najważniejszym świętym miejscem jest skała-szamanka, która rzeczywiście wywołuje niesamowite odczucia i dłuższy pobyt w tym miejscu pozwala się zamyśleć. Zwierzęta chyba też wyczuwają jej moc – pierwszego dnia pobytu nie mogłam oderwać wzroku od psa, który przez 15 minut wpatrywał się w skałę stojąc na brzegu, mimo że wokół niego działy się rzeczy, które „normalnego psa w normalnych warunkach” już dawno by rozproszyły, on był skupiony na Szamance i nic nie było w stanie wytrącić go z transu.

Z ciekawostek współczesnego świata – Chużir, największa wioska na Olchonie, w której mieszkaliśmy, został podłączony do sieci energetycznej dopiero w 2005 r., kiedy my od dawna surfowaliśmy już po internecie i rozmawialiśmy przez komórki. Wtedy to, w czasie wielkiej akcji elektryfikacji syberyjskich wsi, wioska zyskała nową jakość życia. Podobno tego roku wszystkie gospodarstwa zostały na koszt państwa podłączone do prądu, a pojedyncza instalacja czasem kosztowała więcej niż sam dom. Mieszkańcy od razu to docenili, ale świetnie pamiętają codzienność jeszcze sprzed kilku lat. Bo wyobraźmy sobie na przykład środek zimy, minus trzydzieści, Bajkał wokół zamarznięty, wiatr świszcze, wilki wyją, kibelki na zewnątrz (tak jest dotychczas). Jedyną atrakcją jest bania (tutejsza prywatna sauna, będąca stałym wyposażeniem gospodarstwa – do dziś funkcjonuje jako „łazienka”), a wieczorem można zapalić jedynie świecę albo lampkę oliwną, napełnianą czasem tłuszczem gołomianki, bajkalskiej ryby składającej się w połowie z tłuszczu.

Dodajemy ostatnią szczapę do pieca. Spakojnoj noczi, jak tu mówią przed snem.